Niedawno odbyłam obowiązkowe dwutygodniowe praktyki z uczelni w ośrodku obozów kontaktowych "Cieciorka". Jest z tym związana zabawna historia. Ankieta, którą musiałam wypełnić zatytułowana była "Cieciorka 2015", a i w rozmowach ze znajomymi o wyjeździe mówiliśmy bez przerwy "jedziemy do Cieciorki", "w Cieciorce pewnie będzie..." itd. Utrwaliło mi się to na tyle mocno, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że obóz mógłby się znajdować w innej miejscowości. Gdy zajechałam lekko spóźniona do Cieciorki, okazało się, że nigdzie w pobliżu nie było żadnego obozu. Wykonałam jeden telefon i dowiedziałam się, że reszta moich znajomych czeka na mnie oddalona o 60 km od miejsca, w którym się wówczas znajdowałam. Rzeczywiście, dla mnie też to nie było śmieszne.

Gdy po 1,5 h nadkładania drogi weszłam wreszcie na teren obozu, zastałam duży opustoszały obszar polany, trochę lasu i 2 spore niewróżące nic dobrego stare baraki. Tylko kilka osób krzątało się gdzieś blisko drogi rozkładając wojskowe namioty. Spodziewałam się wielkiego zamieszania związanego z meldowaniem się i całą organizacją, a przywitał mnie dziwny, nienaturalny spokój. Mojego dwugodzinnego spóźnienia nikt z organizatorów nawet nie zauważył. Okazało się, że reszta z garstki pozostałych osób była w barakach i została zatrudniona do malowania łączników na ścianach. Wściekłożółty kolor kaczki do kąpieli idealnie dobrany do granatowego dachu baraku i białych ścian wewnątrz budynku oddawał doskonałe poczucie estetyki kadry. Czułam narastający niepokój.

Dziesięć minut później po przywitaniu się ze wszystkimi i pożegnaniu z jedyną osobą łączącą mnie ze światem zewnętrznym, zamknęła się żelazna brama obozu i rozpoczęło się zdobywanie niecodziennych wrażeń i doznań jakie przez cały turnus dostarczali nam organizatorzy.

Apogeum tego dnia nastąpiło na obiedzie. Usiedliśmy wszyscy razem przy stole, po jednej stronie kadra i uczestnicy z zeszłego roku, którzy postanowili przyjechać dzień wcześniej, po drugiej stronie my, opiekunowie. Posiłek czekał na stole, więc chwyciliśmy za sztućce i czekaliśmy aż kadra zrobi to samo. Nagle wszyscy jak jeden, z wyjątkiem nas, zszokowanych, biednych studentów, zaczęli wystukiwać z wielkim impetem o stół rytm z "We will rock you" i śpiewać do tego niezrozumiałą piosenkę. Rumor i jego echo odbijające się od ścian sporej sali dał wrażenie nieskończonego piekła dla moich uszu. Nie wiedzieliśmy co w tej chwili mamy z sobą robić i zbici z tropu patrzyliśmy się na siebie i siedzieliśmy jak słupy soli. Następna piosenka, która angażowała wszystkich do podniesienia swoich sztućców w górę i wstania z krzeseł tylko pogłębiła moje skonfundowanie. Nie uprzedzona wcześniej takim następstwem zdarzeń byłam głęboko zakłopotana i miałam ochotę opuścić to miejsce w trybie natychmiastowym. 

Wieczorem odbyło się ognisko zapoznawcze razem z krótkim szkoleniem zmieniania pampersów i korzystania z wózków inwalidzkich. Oczywiście w każdej chwili przeznaczonej na oddech u zwykłych ludzi, tu śpiewaliśmy pląsy i piosenki z pokazywaniem ażeby wróciwszy do zwykłego trybu życia kojarzyć sobie każde wypowiedziane słowo z tym obozem. Wtedy to odkryłam, że na incydencie ze stołówki się nie skończy. Ale słuchajcie, nie było tak źle. Człowiek w pewnym momencie przystosuje się do każdych warunków, ja też ;) 

Następnego dnia zostały nam przydzielone dzieci, którymi mięliśmy się zajmować na podstawie krótkiego i niezręcznego idywidualnego wywiadu, polegającego na zasypywaniu delikwenta masą pytań przez pięć skrupulatnie notujących osób. Później rozdano nam karty zawierające opis dolegliwości naszych podopiecznych, a następnie czekaliśmy na ich przyjazd z rodzicami. Przydzielono mi młodego grzecznego, smpatycznego chłopca z równie świetnymi rodzicami. Byłam bardzo zadowolona z takiego przydziału. Po kilku dniach załapałam z nim niezły kontakt i tak już było do końca obozu. Chłopiec sypiał po kilka godzin w dzień, więc dawał mi chwilę wytchnienia. Przypominał mi trochę mojego braciszka, więc nie miałam kłopotów z dogadaniem się. Chętnie współpracował ze mną i pomagał tak żeby nam obu było dobrze. Jego charakterystyczną i rozpoznawalną cechą było zamiłowanie do pomocy innym i ruchliwy styl bycia. Jeśli chodzi o tę część moich obowiązków na prawdę miałam dobrze. Innym aż tak się nie poszczęściło. Bywało, że przez złośliwego podopiecznego jeden z moich kolegów całą noc nie mógł zmrużyć oka, a w dzień tak mu dokazywał, że ponownie zaczął palić i był ogólnie podłamany.

Kadra nie zawsze służyła potrzebnym nam wsparciem szczególnie jeśli chodzi o wsparcie psychiczne. Nasze kłopoty musieliśmy rozwiązywać sami bądź wspólnie z kimś z opiekunów. Na pomoc ze strony znajomych akurat zawsze można było liczyć. Jeśli ktoś czegoś potrzebował od razu znajdowała się osoba, która podnosiła na duchu. Obóz był okazją do poznania moich znajomych z innej strony, posiedzenia z nimi przy wspólnym codziennym ognisku, przełamywania kryzysów, swoich barier, nauczył mnie naturalnego podejścia do niepełnosprawnych i pogłębił mój szacunek do ich wytrwałości. Mniej nauczyłam się praktycznych rzeczy przydatnych w moim pryszłym zawodzie, więcej z życia. Nie będę pisać za wiele złego i za wiele narzekać, ogólnie były dobre i złe strony. Jest mi milej kiedy patrzę tylko na te dobre i jasne.  A podsumowując napiszę tak: tylko i wyłącznie osoby, z którymi tam pojechałam sprawiły, że zdecydowałabym się na kolejny wyjazd do Cieciorki, gdyby tylko była taka możliwość.

     

Komentarze  

+2 #2 Namalujeciswiat.pl 2015-09-08 14:43
Cytuję Natka:
Ilu było was opiekunów na tym obozie?
Gdzieś koło 30 z naszej uczelni i kilka osób z innych + wolontariusze :)
Cytować
+1 #1 Natka 2015-09-08 14:39
Ilu było was opiekunów na tym obozie?
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież