Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Czas ucieka jak oszalały. Zegar z powolnego TIIIK TAAAK zaczął tykać niczym ekspresowa bomba TIK, TIK, TIK, TIK, TIK i tak coraz szybciej. Zostało 21 dni! Wciąż równolegle mam praktyki, dlatego nie mam czasu myśleć nad tym, że TEN DZIEŃ nastanie lada moment. Będzie już zaraz. Chociaż wiele już mamy ustalone, załatwione, uzgodnione, ciągle jeszcze dużo spraw czeka na swoją kolej.

Okazało się, iż będę musiała wymyślić dla nas choreografię na pierwszy taniec, bo choreografka, z którą się umówiłam nie dała rady. Leszek jeszcze o tym nie wie, ale powinien się ucieszyć, bo na samo słowo taniec dostawał dreszczy. Z początku myślałam, że pierwszy taniec musi być spektakularny, oszałamiać, wprawiać w zachwyt itd. dlatego poprosiłam najlepszą w tej dziedzinie znaną mi osobę o pomoc. Po rozmowie z nią gdzie z ważnych dla niej przyczyn musiała mi odmówić, doszłam do wniosku, że subtelność, romantyczność, czuła prostota i skromność, bardziej wpasują się w tę okazję. Wkońcu nie będziemy na konkursie tańca, tylko na zabawie z okazji zwieńczenia naszej miłości, a takiej choreografii wypływającej prosto z serca powinnam sprostać. Ciekawe ile innych par oprócz nas było w podobnej sytuacji :)

Jakiś czas temu byliśmy w urzędzie stanu cywilego pozałatwiać oficjalne sprawy prawno-papierkowe. Nie często bywam w tym miejscu, więc od razu jak tam weszłam odczułam wagę tej wizyty. Dosłownie, poprawiłam się na krześle w poczekalni, wyprostowałam plecy, uniosłam lekko podbródek, dokumenty ładnie rozprostowałam sobie na kolanach i czekałam na swoją kolej. Trochę się naczekałam i to nie jak można było podejrzewać na moją kolej, lecz na spóźnionego Leszka. Kobieta pracująca tam miała bardzo surowy wzrok, czarne jak węgielki oczka i włosy w tym samym kolorze, chodziła dumnie po swoim gabinecie, momentami tak pewna siebie, że miałam wrażenie iż wcale nas nie zauważyła. Po niedługim czasie mój nawyk uśmiechania się do wszystkich, skrócił jej dystans do nas jak się potem okazało, kiedy się uśmiechnie to w kącikach jej przenikliwych oczu daje się dostrzec małe zmarszczki mimiczne. Przy pożegnaniu już w ogóle nie było czuć tej posępnej atmosfery jaka była na wejściu, lecz do drzwi odprowadził nas jej miły, sympatyczny uśmiech, który z łatwością z siebie wydobyła. Zadawała nam różne pytania. Pytała nas przede wszystkim o to jakie chcemy mieć nazwiska po ślubie oraz o wykształcenie.

-Jakie chce mieć pani nazwisko?
-Andrzejczyk
-Jakie pan chce mieć nazwisko?
-Andrzejczyk (na wejściu podaliśmy jej nazwiska więc dziwne by było, że biorę nazwisko narzeczonego, a on inne niż swoje, na przykład moje oO)
-Jakie nazwisko mają mieć państwa dzieci w przyszłości?
-Kapustka kurde. ( Nie no podaliśmy normalnie nazwisko Andrzejczyk ;) Ale nie powiem, żeby nie miała ochoty udzielić jej takiej odpowiedzi, z jakiego powodu nasze dzieci miałyby mieć inne nazwisko niż my?)

haha, z pytaniem o wykształcenie też był dobry numer. Byłam zaskoczona tym pytaniem i prawdę powiedziawszy nigdy na nie nie wcześniej nie odpowiadałam. Musiałam się chwilkę zastanowić, czy w trakcie studiów mogę powiedzieć, że już mam wyższe, czy jeszcze jest mowa o średnim, więc, żeby nie było krępującej ciszy odpowiedziałam wymijająco, że jeszcze studiuję xd
Byłoby za pięknie gdybyśmy wyszli z dokumentami i pojechali z nimi do domu bez żadnej przygody po drodze. Wsiadając do samochodu położyłam je ładnie zapakowane w koszulce na desce rozdzielczej. Gdy tak latały w trakcie podróży z jednej strony auta na drugą płynnym ruchem szurając w te i na zad, zaczęłam się z leksza irytować, toteż rozglądałam się dla nich za innym miejscem "pochówku" ;) Spojrzałam pod moje stopy i stwierdziłam że wycieraczka jest idealnie sucha, jak wezmę nogi na fotel, nie będzie miało co ich wybrudzić. Tak też zrobiłam. Wszystko było cacy. Miejsce doskonałe. Nie mogły się wybrudzić, pognieść ani nie szurały. Leżały sobie cichutko i cieszyły oko. Niestety felernie, w pewnym momencie wzięłam do ręki plecak, już nie pamiętam z jakiego powodu trochę go przechyliłam i nagle nie wiadomo skąd z mojego plecaka polał się wodospad jakiegoś płynu, prosto na ziemię, prosto na dokumenty. Miałam w sobie ziarenko nadziei, że koszulka w którą były włożone, spełniła swoje wzniosłe zadanie i uratowała swe wnętrze, ale nic z tego. Tajemniczy płyn wdarł się do środka i idealnie rozmył pieczątkę, którą pani z czarnymi oczkami tak pieczołowicie stawiała, aby dokument był ważny. Okazało się, że w plecaku był płyn do mycia szyb, nie do końca zakręcony i on zmarnował nam całą wyprawę do urzędu. Następnego dnia Leszek musiał ponownie złożyć wizytę pani, która pewnie cieszyła się, że już nas więcej nie zobaczy.

Zaproszenia rozdane, potwierdzenia przyjęte. Wiemy już ile nas będzie świętowało wspólnie nasz dzień. Dokładnie 107 osób. Rozdawanie zaproszeń nie jest takie proste jak to się może wydawać na pierwszy rzut oka. Po pierwsze zawsze ta sama historia powtarzająca się, gdy mam coś wybrać. Kupa komplikacji i kumulacja wątpliwości. Potem kawkowanie z wszystkimi zaproszonymi, umawianie się na spotkania, telefony, maile, wiadomości, rozsyłanie za granicę itp. Przypomnę ile osób trzeba było zaprosić: 107. Czyli wyszło, że trzeba się było spotkać przynajmiej z piędziesięcioma, z minimum dwadzieścia trzeba było wysłać pocztą, a reszta jakoś tak magicznie znalazła się w rękach zaproszonych. Już nie pamiętam nawet jak ;) . Nie lada wyzwanie, terminy goniły. W każdym razie: odhaczone.
PS. Większość zaproszonych do dzisiaj nie jest świadomych, że te zaproszenia pachną. ;)