Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

1# Biel zarezerwowana dla mnie- Wstęp
2# Biel zarezerwowana dla mnie- Przygotowania
3# Biel zarezerwowana dla mnie- Błogosławieństwo  

                                                                                                       

Wsiedliśmy do naszej limuzyny do której ledwo się wczołgałam w mojej sukience krępującej ruchy. Misja byłam tym trudniejsza, że pod kościołem miałam to zrobić z gracją. Nawet z pomocą mojego męża było ciężko. Całe szczęście świadków mojego wydostawania się z auta było niewiele. Pogoda była wprost idealna. Świeciło słońce, nie było zbyt gorąco. Zapowiadali ulewne deszcze i grubo się pomylili. Pogoda była już dawno zamówiona. ;)

 

 

 

                         ŚLUB

 Kiedy naszedł moment wprodzadzenia mnie przez tatę pod ołtarz, spadło na mnie jak piorun, uczucie, że dzieje się coś ważnego i przełomowego w moim życiu. Stanęliśmy w przedsionku kościoła. Rozejrzałam się, ludzi było bardzo dużo. Niewiele pustych ławek radowało moje serce. Tyle osób pojawiło się, żeby mi towarzyszyć w chwili kiedy, przysięgam mojemu kochanemu miłość na całe życie. To było cudne. Naraz odezwała się melodia z głośników, wszyscy wstali, zwrócili kilkaset oczu w naszą stronę, poczułam impuls i ruszyliśmy. Trzymając tatę pod rękę poczułam coś w rodzaju zbliżającej się rozłąki. Rozłąki w sferze mentalnej. Od momentu, który miał zaraz nastąpić, tata traci swoją funkcję mentora i opiekuna, najważniejszego mężczyzny mojego życia, a na to miejsce wchodzi Leszek, który będzie miał za zadanie chronić mnie, pomagać i troszczyć się, abym miała wszystkiego pod dostatkiem. Ta symbolika przekazania mojej ręki przez mojego ojca w ręce narzeczonego, teraz już męża, jest przepiękna i na moim ślubie nie mogło być innego rozpoczęcia ceremonii zaślubin. Było w tym coś smutnego, więc gdy tylko usłyszałam pierwsze słowa piosenki na wejście, puściły moje zawory w kanałach łzowych. Łzy napierały z całej siły chcąc wydostać się na zewnątrz, moja twarz przepełniona emocjami przybrała żałosny grymas. Całą sobą starałam się opanować falę uczuć, która napłynęła mi do oczu. Było tym trudniej im dłużej trwała piękna piosenka i im więcej widziałam znajomych serdecznie współczujących twarzy po drodze. Po słowach "...aż płakać mi się chce" wypłynęła pierwsza łza. 

Gdy tak główną nawą kościoła zbliżałam się w stronę ołtarza i Leszka, walczyłam ze sobą, żeby nie wybuchnąć płaczem, ale jeszcze bardziej, w głębi, byłam spokojna. W środku mojego serca była cisza, panował ład. Wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu i czasie. Tam, gdzie zawsze chciałam być i u boku osób, które miały się tam znajdować. Nie raz fascynował mnie fakt, że potrafię kompletnie nie pamiętać, co robiłam dnia poprzedniego, a ślub zapamiętałam z najdrobniejszymi szczegółami. Taka dygresja. Pomyślałam sobie, że ledwo zaczęła się uroczystość, ja już płaczę, to co dopiero będzie potem, przy bardziej szczególnych scenach, jak przysięga. Śmiałam się z siebie w duchu. Wreszcie ucałowałam tatę w policzek i złapałam Leszka za rękę. Stanęliśmy przed swoimi krzesłami w oczekiwaniu na pierwsze słowa księdza. Cały czas jeszcze próbowałam uspokoić swoją emocjonalną burzę. Brałam głębokie oddechy, mrugałam oczami, skupiałam swoją uwagę na czymś zupełnie innym. Rozglądałam się po prezbiterium, patrzyłam na księdza, świeczki, kwiaty. I w końcu opanowałam sytuację.

     Ksiądz proboszcz mówił do nas z taką życzliwością, że już po krótkiej chwili czułam się jak u siebie. Tak komfortowo i wygodnie, jakbym siedziała u siebie na kanapie, w moich starych rozchodzonych kapciach. Było mi bardzo dobrze. Siedziałam obok Leszka, nigdy nie będąc tak blisko ołtarza. Byłam w centrum wydarzenia i było wspaniale. Dla mnie ślub mógłby trwać nawet trzy godziny, nie przeszkadzałoby mi to.  Przyszedł czas, że miałam złożyć Leszkowi obietnicę, przysięgę i zapewnienie. Stanęliśmy na stopniu na na przeciwko siebie. Spojrzałam na jego twarz, tak przejętą, trochę spiętą tak jak zawsze, gdy robi coś ważnego i bardzo się skupia. Moje serce zabiło szybciej. Właśnie takiego go kochałam. Starałam się go wesprzeć uśmiechem, mocniejszym uściskiem dłoni, za które mięliśmy się złapać. Gdy przysięgałam mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską przed Bogiem, starałam się włożyć w to całe moje delikatne serce, aby było to jak najbardziej szczere i prawdziwe. Przed sobą widziałam tylko jego, wszystko dookoła było rozmyte, nieważne. Nie przeszkadzali mi ludzie, świadkowie, ksiądz, ani ministrant stojący obok. Staliśmy tak twarzą w twarz, sami i wyznawaliśmy sobie miłość.
Kilka osób po wszystkim podeszło do mnie i powiedziało, że przy przysiędze, im byłam bliżej końca, tym bardziej ściszałam głos, jakbym była coraz mniej pewna tego, co mówię. Żartowali sobie. Ja tego nie czułam. Nic a nic. Toteż ich wersja jest nieprawdziwa. Foch. Ja mam rację. ;P
     Potem nadeszła kolej na obrączki. Nie stresowałam się, co mam po kolei robić, każdą następną czynność zapowiadał nam ksiądz szeptem. Tu, było kilka wpadeczek. Pierwszą było to, że Leszek mówiąc formułkę tak skupił się na poprawności, że zaczął czytać z książki, nie patrząc mi w oczy. Później nie mógł wcisnąć z przejęcia pierścionka na mój palec. Ja, tłumiąc śmiech z sytuacji sprzed sekundy, nie dosłyszałam co powiedział ksiądz. Musiał powtórzyć, że mam ucałować obrączkę męża. Po ogłoszeniu przez księdza, że jesteśmy z Leszkiem mężem i żoną, kompletnie to do mnie nie docierało. Wszystko działo się za szybko. Trwało kilka dni zanim się przyzwyczaiłam do mowego statusu. Na Mszy z wrażenia zapomnieliśmy przekazać znak pokoju ze stojącymi za nami świadkami oraz nie wiedzieliśmy kiedy wejść na ołtarz już na samo zakończenie. Ja chciałam wychodzić bez podpisywania dokumentów, ponieważ całkowicie wypadło mi to z głowy. Oboje z mężem rozmawiając tuż po wyjściu z kościoła zdaliśmy sobie sprawę, że zupełnie nie pamiętamy, co oprócz gratulacji ksiądz mówił do nas w prezbiterium. Natomiast wpadka mojej kochanej świadkowej zaistniała, kiedy składałam kwiatki Matce Boskiej, co skończyło się tak, że przez chwilę nie miałam co złożyć. ;) Wszytkie te momenty są gdzieś takimi słodkimi ciasteczkami w naszym torcie ślubnym. Za każdym razem jak mi się przypominają, wywołują uśmiech na mojej twarzy.