Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Po ślubie otrzymaliśmy mnogość życzeń. Życzenia przed kościołem składali nam znajomi, znajomi rodziny, pracownicy moich rodziców. Na sali z kolei zaproszeni na wesele, czyli rodzina i przyjaciele. Wszystko to było bardzo ujmujące. Każdy się uśmiechał, całował, zasypywał lawiną ciepłych słów i ustępował miejsca kolejnym osobom. Tyle wspaniałych, powtarzanych wciąż życzeń musi się spełnić. Nie ma innej opcji. Nie wiem, czy potraficie sobie wyobrazić, że stoicie przez dobre dwie godziny i tłum ludzi mówi do was i o was same pozytywne, najlepsze rzeczy i życzy tylko pomyślności. To uskrzydla, podnosi na duchu ponad normę i rozpuszcza nawet największych twardzieli. Słodzizna <3 Czułam się jak owocowy kisiel z tęczą. Słownie rozpieszczona.

 

 

WESELE

Słyszałam kilka głosów mówiących iż jechaliśmy na salę bardzo szybko. My??? ;) Ależ skąd.  
Fakt faktem coś w tym mogło być, bo po nas dojeżdżało jeszcze sporo aut. :P Ciiiii. Sala weselna Rajski Ogród, w której zdecydowaliśmy się zrobić imprezę, posiada przed budynkiem fontannę, przed którą ustawiliśmy się i czekaliśmy w samochodzie aż dojadą rodzice. Plan był następujący: nasz wodzirej zapowie nasz przyjazd przed salą, gdzie zbiorą się goście, otworzy Leszkowi drzwi samochodu, ten wysiądzie, podejdzie od drugiej strony, żeby otworzyć je mnie, wspólnie wejdziemy na schody prowadzące do budynku, następnie rodzice poprowadzą przywitanie, a Leszek wniesie mnie na salę, gdzie odbędzie się toast. Wszystko pięknie. Goście już czekali. Nie było rodziców.
Nie było ich dobre pół godziny, a bez nich nic nie mogło się zacząć. Żdążyliśmy się ciut poddusić w aucie, ja założyłam opatrunek na moją piętę brutalnie startą przez nowe buty, rozmawialiśmy na temat gości, których widzieliśmy zza przyciemniamych szyb, wreszcie zaczęłam się martwić, czy przypadkiem moi rodzice nie zapomnieli, że jest impreza po ślubie i nie wrócili do domu. Doszły do nas słuchy, że nie odbierają telefonów i nie ma z nimi żadnego kontaku. Byliśmy w podbramkowej sytuacji. Nasz wodzirej ocierał pot z czoła. Tak jak my stanął w martwym punkcie. Martwiłam się gośćmi przebierającymi z nogi na nogę. Zdezorientowanymi. Czekali i pewnie nie wiedzieli na co. Dla mnie pobyt w samochodzie trwał wieczność. Byłam rozgoryczona.
W pewnym jednak momencie ku wielkiej mojej uciesze, wjechało auto moich rodziców, a za nimi jeszcze jakieś niedobitki. Okazało się, że moja ciocia, która od kilkunastu lat mieszka za granicą, zgubiła drogę i rodzice musieli po nią pojechać i doprowadzić na miejsce. Mogliśmy wreszcie zacząć.

 Siuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuup plum. 
Wypiliśmy z Leszkiem po przywitalnym kieliszku i ucałowaliśmy chleb. Leszek wziął mnie na ręce i wniósł do sali, gdzie grała już muzyka i świeciły lasery. Za nami weszli wszyscy znakomici goście.                   Znamy ten niezręczny niepokój, kiedy zastanawiamy się jak tu podejść do świętujących i dać im prezent razem z życzeniami, kiedy nadejdzie ten właściwy moment. Myślimy sobie: "Czy już wszyscy to zrobili? Nie, mają jeszcze kwiaty w dłoniach. Trzeba uważnie obserwować, kiedy ruszą, żeby nie przegapić tej chwili. O, teraz młodzi na sekundę przystaneli! Nic nie robią! Biegniemy!" U nas większość biesiadowiczów miała to wymalowane na twarzy. Dlatego ważne jest więc, żeby wszyscy byli jasno powiadomieni, kiedy będzie przeznaczony czas na podarunki. Każdy jak najszybciej chciał się pozbyć prezentów, więc gdy tylko mój mąż delikatnie postawił mnie na ziemi, już miałam przed sobą jakąś cmokającą uśmiechniętą twarz, która co i rusz wyłaniała się zza bukietu kwiatów raz po lewej raz po prawej. Trzeba było natychmiast ostudzić zapał naszych uczestników wesela, aby najpierw skosztowali szampana. Tym zajął się nasz "rozkręcacz imprezy", Tomek.
Tomek był od tego aby wszystkie punkty programu były zapowiedziane, dla wszystkich jasne, aby ogranizacja i logistyka przebiegała sprawnie. Prowadził zabawy, w których stopniował trudniość i zaangażowanie gości, tak żeby czuli się coraz bardziej swobodnie i sami garnęli się do konkursów. Był mózgiem operacji i moją prawą ręką. To on dogadywał się z odpowiedzialnymi za nadprogramowe atrakcje typu fotobudka, żebyśmy z Leszkiem nie musieli zawracać sobie tym głowy. Obecność kogoś kto przeżył wiele różnych sytuacji na imprezach i wie jak z każdej wybrnąć, kto nie boi się mikrofonu, kto bierze na siebie całą odpowiedzialność za zabawianie gości i jest można powiedzieć na każde moje zawołanie i głupi pomysł nagle strzelący mi do głowy, zabiera mi ogromy ciężar z pleców i gwarantuje brak zmartwień. On, tak jak inne atrakcje weselne, zdobył swoje pochwały od ludzi, którzy widzieli jego zaangażowanie.
 Jeśli mowa o weselu, dla mnie i dla Leszka, najważniejszą kwestią była dobra obsada kadry muzycznej  zarazem odpowiedzialnej za zabawę. Wiedzieliśmy, że jeżeli nasi goście się porządnie wybawią, naśmieją, będą pozytywnie wspominać nasze święto przez długie, długie lata. Muzyka jest fundametem każdej genialnej libacji okolicznościowej. ;)  Z tego powodu nie oszczędzaliśmy na zespole. Na moim weselu był kategoryczny zakaz puszczania Disco Polo. Powiedziałam, że przymknę oko na klasykę gatunku pod warunkiem, że nie będzie to hit typu "majteczki w kropeczki" albo "weselny klimat", tylko coś z wyższej pułki. DJ skupił się więc na puszczaniu jak najwiecej rock'n'rollu, bieżących skocznych popowych kawałków i piosenek z lat 80-dziesiątych. Dla mnie była bomba. Cały czas miałam do czego potańczyć, żadziutko zdarzało się, że musiałam przeczekać piosenkę bujając się z nogi na nogę, ponieważ DJ- bez przerwy obserwował parkiet i jeśli tylko zauważył lekki przestój, zmieniał utwór.   

Co jest jeszcze bardzo ważne na weselu? Kuchnia, a ściślej, to co w niej podają. W tych czasach, może już nie w takiej ilości co kiedyś, ale ludzie lubią sobie dobrze pojeść. Musi być smacznie i wystarczająco. Jeżeli goście zobaczą pusty obrus albo duże prześwity między talerzami na pewno to zapamiętają i nie będzie to jedno z ich najlepszych doświadczeń. Fatalnie może być również w przypadku kiedy stół będzie pełny, ale oni i tak nie będą mieli co zjeść, bo wszystko będzie przekąbinowane albo niesmaczne. Uważaliśmy na ten aspekt szczególnie, dlatego wybieraliśmy proste dania, na widok których większości naszych znajomych zasapanych po tańcu, wyszłyby oczy z orbit. Były oczywiście standardy typu kotlet de volaille, kieszonki mięsne, potrawka z kurczaka natomiast poprosiliśmy również o przygotowanie roladek z łososia i kilku innych rodzajów ryb. Nacisk położyliśmy na warzywa, aby było ich wiele i w różnej postaci oraz sałatki, które większa część naszej rodziny wprost uwielbia. Duży problem mięliśmy z oszacowaniem potrzebnej ilości napojów, gdyż wpływ na ilość wypitych płynów w dużej mierze ma pogoda. Nie wiedzieliśmy jaka będzie aura, więc wzieliśmy kusk więcej niż przewidywane prawdopodobieństwo spożycia, a mięliśmy fajną opcję u znajomego sklepikarza, że napoje, które nie zejdą, można spokojnie jemu zwrócić. Kupiliśmy blisko 500l napojów. Robi wrażenie? 
Alkohol, dla nas sprawa drugorzędna aczkolwiek też absorbująca, był niczym woda na półkach sklepowych. Dla mnie każda ma taki sam smak i nie ma wody, która podchodzi mi lepiej bądź gorzej, chociaż dla innych jest pić albo nie pić. Toteż z racji, że gust mam niczym wieprzowinka, której wszystko jedno, co weźmie w swój ryjek i tak zeżre ze smakiem, szukaliśmy z Leszkiem w internecie, co inni kupują na wesela. Istne combo. Na forach wielkie kłotnie o każdy rodzaj trunku i wielkie gromady zaGORZAŁYCH obrońców swoich ulubionych wódek. Odpuśliliśmy i stwierdziliśmy jednogłośnie, że kupimy sprawdzoną markę, o której wszyscy wypowiadają się pozytywnie. Nie chcieliśmy szukać po tańszych hurtowniach, czegoś co może mieć smak skisłej skarpety tylko po to, żeby w potrfelu zostało więcej pieniędzy. Nie martwiłam się o procenty, bo zamówiony drink bar, rządził. Goście mięli co tylko zechcieli. Wódka, drinki z różnymi rodzajami alkoholu, whisky, dostawiliśmy też wina na osobnym stoliczku. Róg obfitości w rękach naszych imprezowiczów :)

 Po obiedzie musiałam się przebrać w drugą kreację na pierwszy taniec. Chorografię zaczęłam układać na tydzień przed ślubem, bo dopiero wtedy znależliśmy na to więcej czasu, poza tym przycisnął nas stres. Przed występem niezwykle się denerwowaliśmy, ja dlatego, że chciałam aby wyszło idealnie, Leszek, ponieważ nie był pewien swoich umiejętności. Nadomiar złego ćwicząc w piątek, na próbie generalnej myliliśmy się, deptalismy sobie po nogach i wypadaliśmy z rytmu. Chociaż w czwartek było już perfekcyjnie, mieliśmy dopracowane każdą figurę, przez noc zdąrzyliśmy zapomnieć. W sobotę nie miałam pojęcia jak nam pójdzie, bo przesłanki nie były za dobre. Dodajmy to tego górę stresu, i mamy pozamiatane. Jednak nie było tak tragicznie. Leszek ma bardzo dobre poczucie rytmu i jeśli wie, co ma robić, świetnie prowadzi. Mi natomiast co podyktował, wykonywałam. Jestem w stosunku do naszego tańca bardzo krytyczna, ale w chwilach, gdzie narzekam na nasze błędy, przypomina mi się, że nie o doskonały układ tam chodziło, a o uczucia w tym tańcu. Kilka osób się wzruszyło, inni podchodzili do nas i mówili, że to był najlepszy pierwszy taniec jaki widzieli. Było mi wtedy bardzo miło. Włożyłam w to serce i pasję. Jeden z najistotniejszych dla mnie momentów na weselu. Leszek odetchnął z ogromną ulgą po jego zakończeniu. Niedługo potem poczułam pierwsze oznaki zmęczenia.
Z atrakcji jakie czekały na naszych gości oprócz drink baru oraz fotobudki, zaserwowaliśmy im płonącego dzika. Upolował go nasz znajomy na krótko przez naszym ślubem toteż można się było spodziewać super świeżego mięska. Osobiście nie spróbowałam go ani wielu innych przesmacznych dań, gdyż mój żołądek zarządził strajk na ten dzień. Jednak, gdybym nawet go skosztowała i napisała, że był wyśmienity, nie byłoby to obiektywne. Obiektywne natomiast są oceny wielu stołowników, którzy mięli okazję poznać bliżej naszego dzika i chwaliły go na maksa. Jak? Mówiąc, że był najlepszy jakiego jadły <3 
Oprócz wielu spraw do załatwienia, przy okazji organizacji, miałam swój wkład również poprzez wykonanie drobiazgów, czyniących tę uroczystość jeszcze bardziej osobistą. Powiesiłam nasze wspomnienia w formie zdjęć zaraz na wejściu do budynku, wykonałam rozkład siedzących na sali, udekorowałam ponad 110 upominkowych kaktusików oraz zaprojektowałam winietki i zdjęcia z fotobudki. Sami zobaczcie ;) Włożyłam w to sporo pracy i czasu. Moje przyjaciółki mówiły, że od wejścia było widać iż wchodzi się na moją imprezę, ponieważ wszystko było charakterystyczne, w moim stylu. Nie do podrobienia. :)
  
Dzień był pełen wrażeń, ludzi i emocji. Rozpoczął się z kopyta, skończył się leniwie płynąc ku końcawi, gdy to kolejno po sobie opuszczali salę ostatni goście. Byłam wykończona, wyczerpana, wybrakowana z sił. Szczęśliwa.
Nie martwcie się jednak, że było kiedy odpocząć. Nazajutrz czekały nas poprawiny w zupełnie innym miejscu i w innym klimacie. Hurej! Zdaje się, że ciągnęły się potem jeszcze kilka dni. Codziennie imprezy, goście i wielkie wyczerpanie. Wszystkim nowym młodym parom radzę w przód, aby zaczęły wypoczywać na zaś już gdzieś na miesiąc przed ślubem. ;)

   

PS. Specjalne podziękowania dla Elohim Band, najlepszego i niezawodnego zespołu :)

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież