Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

    Pewnego dnia przyjechałam do domu rodzinnego. Leszek poszedł do pracy. Siedziałam sobie i czytałam książkę, gdy nagle przyszedł mój brat ze szkoły. Przywitaliśmy się słownie, on wszedł do kuchni i na jakiś czas zniknął, ja wróciłam do swojej lektury. Wreszcie, kiedy skończył swój talerzowy koncert, uderzając sztućcami o naczynia, włączając i wyłączając głośną mikrofalę, usiadł przy stole, nastała cisza i krzyknął doniośle:

- Paulina! Czemu ty z Leszkiem nie macie jeszcze żadnego dziecka?? Już chciałbym mieć się kim opiekować!- przerwał z impetem chwilową ciszę przez co niemal namacalnie czułam jak te słowa uderzają w moje uszy.
- Póki co trzeba będzie jeszcze poczekać.- plątałam się w słowach, bo nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Zdarzało się, że wstawałam rano i wkręcałam sobie, że mi nie dobrze, że coś mi się dzieje z brzuchem itp. Aczkolwiek nic się nie stało. Miałam takie poczucie, że jego pytanie było ciut nie na miejscu i zdziwiłam się, że strzelił mi nim tak w twarz nie poprzedzając żadnym łagodnym wstępem, ani przynajmniej opowieścią jak mu minął dzień, bądź co u niego, przecież kilka dni się nie widzieliśmy.

Kilka dni później stało się coś bardziej dziwacznego. Byliśmy na domówce u kolegi, gdzie był brat Leszka. Siedzieliśmy sobie, piliśmy i rozmawialiśmy przy jednym stole. Kiedy zeszliśmy na temat mojej ciąży i wszyscy rozkminiali, kiedy nadejdzie na nią czas, wtedy Tomek powiedział: "Paulina, trzy/ cztery dni i się dowiesz." Następnie pośmialiśmy się i puściłam to w niepamięć.

Cztery dni później dowiedzieliśmy się. Dowiedzieliśmy się, że żyje we mnie dzieciątko i za dziewięć miesięcy będzie chciało wyjść. Na początku nie były to wyraźne znaki. Pierwszymi symptomami, które zapowiadały powiększenie się naszej rodzinki, były poranne złe samopoczucia. O poranku było mi po prostu źle. Nie miałam nudności, mdłości tak jak niektórzy mówią, ale co jakiś czas moja głowa kołysała się na falach, czyli nie do końca czułam się stabilnie na ziemi. To się chyba nazywa zawrotami głowy. Bywały też momenty, gdzie czułam się jakbym miała temperaturę. Wszystko było do zniesienia i nawet jak komuś to mówiłam i się mnie pytał, czy sobie nie wkręcam, nie byłam tego pewna. Toteż te objawy nie mogły być aż tak mocne i natarczywe. Potem mój brzuszek, który sktupulatnie codziennie obserwuje odkąd chce dbać by był ładnie wyrzeźbiony i wklęsły, zrobił się okrągły, jakby mnie wzdęło. Nie potrafiłam go wciągnąć. Non stop był wypukły chociaż moja dieta się nie zmieniła i byłam nadal aktywna. Zdecydowaliśmy się więc zrobić test ciążowy tak na próbę. Pierwszy test jak sądziliśmy musiał być jakiś felerny. Nie wyszły dwie kreski, a półtorej, gdzie ta druga była lewie widoczna. Nie mięliśmy pojęcia, co to znaczy. Zaczęliśmy szperać w necie, wszyscy radzili powtórzyć test. Po ponad 24h powtórzyliśmy testy, tym razem w dwóch egzemplarzach i wynik na oby dwóch był taki sam- półtorej kreski. Już powoli zaczęłam się oswajać z myślą, że jestem w ciąży, ale nadal potrzebowałam 100% potwierdzenia. Niby dwa testy z różnych firm wstazujące ten sam wynik nie mogą się mylić, ale ja jednak chciałam mieć pewność. Dwa dni potem widząc na stole ostatni niewykorzystany test, Leszek powiedział, żebym go zrobiła, bo i tak by się zmarnował. W między czasie szukaliśmy jakiegoś dobrego ginekologa, ale mięliśmy z tym masę problemów. Wszyscy jakby mięli jakiś zjazd na księżycu. Ten, nie odpowiadał, tamtemu odzywa się poczta głosowa, nie można było się dodzwonić do koleżanki, która właśnie urodziła, żeby nam kogoś poleciła itd. Na szczęście potwierdzenie przyszło samo, i z ostatniego testu wyszło, że kreska druga zrobiła się wyraźnie czerwona. Wynik pozytywny. 
Mija założony przeze mnie siódmy tydzień i często pojawia się u mnie ból brzucha raz mocniejszy raz silniejszy, przypominający bardzo ten w początkowej fazie miesiączki. Poranki robią się coraz "ciekawsze", a biologiczna strzykawka odsysa ze mnie siły.


Dzisiaj byłam u ginegologa i już jestem tak pewna, że pewniejsza być nie mogę. Niezapomniana wizyta. Przy badaniu USG pani doktor powiedziała: "No na pewno jest pani w ciąży! Nie da się ukryć." Następnie pokazała mi maluszka na ekranie monitora, jego pęcherzyk żółtkowy i serduszko, które tak biło, że widać je było gołym okiem <3 Doktorka stwierdziła, że musiało zabić po raz pierwszy w przeciągu najbliższych 48h. Byłam dumna, wzruszona i przeszczęśliwa. To dzieciątko już jest ze mną cały czas, noszę je pod moim sercem. 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież