Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Wiele dalszych znajomych i ludzi słyszących, że wyszłam za mąż już robi minę współczującą, a jak się dowiadują już , że zaszłam w ciążę wydają się być skołowani. Pierwsza reakcja takich ludzi to "Nie za szybko?" Nie macie pojęcia ile razy to słyszałam. Każdy mówi ze swojej perspektywy. Odpowiedź brzmi "nie" dla mnie nie za szybko. Głęboko wierzę, że jest to wręcz idealny czas. Piszę o tym, bo nurtuję mnie to strasznie. Nie rozumiem takiej reakcji. Nie mówię, że nie mają prawa być zmieszani, ale sposób w jaki to mówią niejako odbiera mi prawo myśleć inaczej. Zadają pytanie w takim tonie, jakby odpowiedź przecząca była nie na miejscu. I to mnie denerwuje, bo tak jak mówiłam każdy ma swój czas, a ja nie mówię że teraz wszyscy powinni się tak szybko decydować na zamążpójście. Uważam, że moja decyzja nie musi podlegać konsultacji i zgody innych dookoła. Mam też wrażenie, że niektórzy zaczynają się przy mnie bronić, podawać argumenty, czemu to oni nie chcą teraz się pobierać, co chcą w pierwszej kolejności zrealizować i że najpierw kariera potem rodzina czy coś w tym stylu. Co śmieszne, nigdy nie przekonywałam ich, że nadeszła na nich pora. Nagle się odpalili i tak po prostu starają się wyjaśniać... Tworzyło to we mnie zalążek poczucia winy, że to przeze mnie, muszą się tłumaczyć, chociaż defacto nie wiedziałam zupełnie w czym zawiniłam.
Tak, jestem typem myśliciela i przez najbliższe dni spróbuję rozszyfrować tę psychologiczną zagadkę. Jeśli macie jakieś propozycje, walcie. 
Zaczęłam z kopyta, prawda? W sumie racja. Poprzednie wpisy były raczej dzieleniem się radością, ten frustracją. Nie mniej jednak zawsze są dwie strony medalu. Każde światło rodzi cień. 

Jak zamierzam sobie poradzić w tej pięknej, ale trudnej chwili? Zajściu w ciążę towarzyszył szerzący się entuzjazm, którym nasiąknęłąm jak gąbka. Wszyscy mi gratulowali i wciąż gratulują i to jest wspaniałe. Zdąrzyłam się spotkać jednak z nieprzyjemnymi reakcjami, co ciut podcięło, choć nie powinno, moje skrzydła. Pierwszymi tak nieczułymi osobami były chyba panie z dziekanatu. Z politowaniem spojrzały na mój wniosek o indywidualny tok nauczania i powiedziały, że nie z takimi sprawami powinno się do nich przychodzić, że jeśli IOS tak, ale na pewno nie z powodu ciąży. Zero uśmiechu, wszystko w czarnych barwach. Posmutniałam. Czyżby nie wszystko się ślicznie układało? Nie dostanę dla asekuracji ulgi z zajęć i możliwość przesuwania terminów egzaminów? Bałam się, że mogę mieć termin porodu w okolicach jakiegoś egzaminu, toteż zdecydowałam się, żeby się ubiegać o IOSa. Tylko dla asekuracji, bo bardzo zależy mi na obecności na wszystkich zajęciach na uczelni. Chcę z nich skorzystać i nauczyć się ile tylko będę potrafiła. Decyzja pani prodziekan będzie pod koniec miesiąca. Teraz czekam jak na szpilkach. 

Co jeśli nie decyzja będzie negatywna? Postaram się ukończyć bieżący semestr i wezmę dziekankę na następny. Mam kochanego aniołka na uczelni, moją przyjaciółkę, która o mnie dba. Obiecała pomoc, w razie potrzeby i w ogóle wsparła mnie psychicznie. W tamtym momencie akurat bardzo tego potrzebowałam. Potrzebowałam zapewnienia, że w razie czego będę miała na kogo liczyć. Okazało się, że nie tylko ona opiekuńczo do mnie podchodzi, ale koleżanki dookoła również. Na uczelni czuję się bezpiecznie pod względem nagłych awarii systemu ciężarnej. Mam w sobie przekonanie, że w pilnej sprawie będzie wiele rąk do pomocy. Czyli generalnie nie rezygnuję ze studiów tak od razu, będę się starać póki będę miała siły i zdrowie mi na to pozwoli. :) Resztę głosów, które były negatywne puściłam w niepamięć i teraz nawet sobie nie przypomnę, właściwie nie chcę sobie przypominać. 

Co do samopoczucia, obrzydzenie w stosunku do jedzenia i wilczy niepohamowany głód co jakiś czas. Robi mi się niedobrze jak wstaje rano z łóżka, jak za szybko wstanę z siedzenia, jak tylko wsiądę do jakieś komunikacji, jak poczuję zapach jedzenia, które nie przechodzi mi przez gardło, jak jestem zmęczona, jak jestem głodna też mnie mdli. Z tego powodu i innego nieznanego wstaję, idę na uczelnie, wracam, śpię. Nie jestem w stanie po przyjściu z uczelni robić czegokolwiek innego jak spać. Próbowałam wiele razy. Na tym się to skończyło. Śpię różnie, ale w niektóre dni nawet po kilkanaście godzin dziennie nawet w środku tygodnia. Nie ma rzeczy, która by mnie przez tym powstrzymała, tak silna jest potrzeba snu. Są też plusy: lepsza cera. Wiem, że ten ogólny burakostan minie niedługo. Staram się go przeczekać :)