Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Witajcie po sporej przerwie. Straciłam chwilowo zapał do pisania i już go odzyskałam. Toteż niezwłocznie zabieram się do nadrobienia zaległości.

LISTOPADOWE MORZE

Właśnie w listopadzie rozpoczął się szósty rok naszego związku. Jest co świętować. Jednego zwykłego listopadowego dnia Leszek powiedział mi, że mam się pakować. Był bardzo tajemniczy, powiedział, że cel naszej podróży jest niespodzianką. Gdy tak na głos zaczęłam się zastanawiać, gdzie mógłby mnie zabrać, zaraz szybko przygasił moje domysły dodając pospiesznie, żebym nie spodziewała się niczego ekstra. Jego nerwowe ruchy i przepraszający wzrok wyglądały bardzo przekonywująco. Poprzestałam więc na realnych domysłach. Najbardziej prawdopodobnym miejscem wyjazdu był dla mnie domek całoroczny na działce u teścia, za którym Leszek baaaardzo przepada. Próbowałam zadać mu jeszcze kilka podchwytliwych pytań, żeby otrzymać trochę więcej wstazówek, ale ten bystrzak gładko wyślizgiwał się z każdego pytania, co nic a nic mi nie pomogło. Ostatecznie pogodziłam się z weekendem w domku nad jeziorem. Taka wycieczka nie jest dla mnie jakąś wielką atrakcją, ale uwielbiam spędzać czas razem z Leszkiem zatem zaczęłam się nakręcać na wspólnie spędzony wyjazd. Spakowałam się odpowiednio, żeby mieć, co robić oraz nie zamarznąć. W piątek wieczorem, gotowa, wsiadłam do auta. Ruszyliśmy. Jechaliśmy zupełnie innymi drogami niż zazwyczaj na działkę. Śmiałam sie w duchu, że niepotrzebnie Leszek marnuje paliwo jadąc naookoło, bo i tak wiem, gdzie chce mnie zabrać. W trakcie podróży włączyłam przygotowane przez siebie wcześniej świąteczne piosenki w radiu, żeby stworzyć fajny klimat, spoglądałam przez szybę na ciemny krajobraz mijanych miast i marzyłam. Wyobrażałam sobie nasze nowe mieszkanie, to  jakbym go urządziła, żeby było ciepło i przytulnie, jak wyglądać miałyby nasze przyszłoroczne święta, które spędzilibyśmy rodzinnie, na przykład we trójkę. Scenki kręciły się w mojej głowie jak reklamy na ekranach w Nowym Jorku. Odleciałam w swój świat. Kiedy wreszcie zaparkowaliśmy pod wielką ekskluzywną willą dotarło do mnie, że jednak nie jedziemy tak jak zakładałam, do Gołubia. Żeby nie zapeszać niespodzianki, która mogła okazać się starym pensjonatem na przeciwko, po drugiej stronie ulicy, z moją radością czekałam do momentu aż wejdziemy do odpowiedniego budynku. Weszliśmy do willi <3 Byłam strasznie zajarana, gdyż nigdy nie mieszkałam w takim miejscu. Pomijając, że wogóle rzadko wyjeżdżałam, moich rodziców nigdy nie było stać na takie luksusy. Byliśmy sami w tym ogromnym budynku. Wprowadziła i oprowadziła nas właścicielka, pokazała nam pomieszczenia do naszej wyłącznej dyspozycji, czyli małą siłownie, salę kominkową urządzoną z wielkimi kanapami i miłym klimatem, gdzie już widziałam nas przytulonych do siebie pod puszystym kocem, salę gier oraz pomieszczenie, gdzie mogliśmy wypić coś ciepłego. Na końcu otworzyła nasz apartament i moim oczom ukazał się widok, który był wyobrażeniem naszego wymarzonego mieszkania, jaki wytworzył mi się podczas podróży do tego miejsca. Byłam rozanielona, że możemy przez te kilka dni zamieszkać tak jak chciałabym mieszkać przez całe życie. W osłupienie wprawiło mnie to, że Leszek dodatkowo poprosił o romantyczny wystrój, który był cudowny. Wino, kieliszki, serduszka i dużo dużo świeczuszek. Dawno już nikt nie zadał sobie takiego trudu, żeby wszystko tak ślicznie przygotować dla mnie, dla nas. Oniemiałam z radości, a moje serce wręcz wrzało.  

                    

Staraliśmy się wtedy przede wszystkim odpocząć w swoim towarzystwie. Miałam czas na leniuchowanie na kanapie, nie trzeba było sprzątać, robić posiłków, ścielić łóżka. Nic nie trzeba było. Mogłam sobie zrobić poranne kilkugodzinne spa w łazience, po którym czułam się jak nowo narodzona i nie mieć żadnych wyrzutów sumienia, że marnuje czas. Ten czas był właśnie po to. Nic nie zakłócało naszego błogiego spokoju. 

      

Jedyne, co na czas wyjazdu inaczej moglibyśmy zaplanować to pogodę. Podczas gdy my siedzieliśmy w pomieszczeniu o przyjemnej temperaturze, na dworze nierealnie widok przedstawiał się skrajnie inaczej. Drzewa wyginał siłny chłodny porwisty wiatr, a szyby moczył gęsty deszcz. W oddali była mgła, a kolorystyka krajobrazów jawiła się... szaro. Szaro jakby ktoś wszystko posypał kurzem. Niemniej jednak taka pogoda zaserwowała nam niezapomniany wyjazd i cieszę się, że właśnie taka była. Następnego dnia pojechaliśmy do miasta zrobić zakupy. Poza sezonem ciężko było spotkać tam żywego ducha. Dzięki pogodzie, która była na pograniczu wichury i sztormu, miasto wyglądało jak po apokalipsie. Miało to swój urok.  Na ulicy nikogo, tylko jakieś śmieci popychane przez wiatr, większość sklepów pozamykana kratami, bramami, wielkimi roletami. Nigdy wcześniej nie byłam w miejscu o takim nastroju jak to. Robi się fajnie, co nie? :)

 

W sobotę po południu zniecierpiwiliśmy się czekaniem na poprawę warunków pogodowych i pojechaliśmy  zobaczyć latarnię morską. O tyle dobrze, że przestało padać. Tak jak w każdym horrorze i w tym, "nic nie zapowiadało tego co miało stać się potem..."
Gdy byliśmy na miejscu, zobaczyliśmy latarnię. Po prostu zobaczyliśmy, bo nie było nic innego do zrobienia. Następnie strzeliliśmy pamiątkową fotkę i postanowiliśmy przejść się dookoła niej, żeby ZOBACZYĆ ją jeszcze lepiej. ;) Gdy byliśmy za nią, ujrzeliśmy ładną ścieżkę wchodzącą w rzadki lasek. Oboje zdecydowaliśmy spontanicznie, że zobaczymy dokąd prowadzi. Wreszcie jakieś przygody- pomyślałam. Było prawie pewne, że do morza, ale nie wiedzieliśmy, co będzie po drodze. Szybko miła ścieżka zmieniła się w stromą, śliską, obłoconą dróżkę z nierówno ułożonymi kamolami naprzemiennie z mokrymi drewnianymi belami. Kurczowo ściskałam równie śliską i mokrą drewnianą poręcz i przeskakiwałam z kamienia na kamień, żeby nie wpaść w kałuże. Nielada wyzwanie dla ciężarnej. Nad wszystkim czuwał Leszek i oczywiście Bóg. Modliłam się, żeby nikt mnie nie zobaczył, bo z pewnością pomyślałby, że jestem nieodpowiedzialna. Leszek pomagłał mi z poświęceniem przemierzać szlak, bym nic sobie nie zrobiła. O to, że się przewrócę martwiłam się dużo mniej, bo o wiele bardziej prawdopodobne było, że jakaś gałąź spadnie mi na łeb przez tą wichurę. Drzewa trzeszczały jak stare szafy. W momencie, kiedy zastanawiałam się, czy zawrócić, zobaczyłam mocno wzburzone morze i to, że latarnia jest dużo dalej. Nie opłacało się wracać. Kiedy schodziliśmy obiecałam Leszkowi, że moja noga więcej nie postanie na tej ścieżce i że pójdziemy za ludźmi którzy szli bulwarem, że choćby nie wiem co nie wrócimy tędy spowrotem.


Po zejściu z tego ogromnego, zalesionego, pełnego niespodzianek klifu odetchnęłam, zrobiło się łagodnie.  Szliśmy dalej wspomnianym bulwarem w kierunku, w którym szli ludzie widmo. Morze po lewej szumiało jak szalone, las po prawej szumiał jak szalony. Szliśmy i zachwycaliśmy się tym jakże romantycznym widokiem otoczenia. Nasz spacer trwał dopóki trwał bulwar- gdzieś blisko kilometra. Zdąrzyłam się zmęczyć, słońce też, bo zaszło i zrobiło się ciemno. Na pierwszy rzut oka żadnego wyjścia znad morza, które "zjadło" plażę przed nami . Mój instynkt macierzyński widząc w ciemności po jednej stronie strome klify, po drugiej imprezowe morze wstrzyknął mi w żyły niezłą dawkę adrenaliny. Jakby tego wszystkiego było mało, zaczęło padać. Świecąc latarkami w mało przydatnych w tym momencie telefonach, szukaliśmy wyjścia z sytuacji.


Gdzieś przypadkiem nieopodal Leszek znalazł schody, a u mnie pojawiło się światełko nadziei. Po drodze jednak omal nie wpadliśmy w zagłuszony przez burzliwe hałasy strumyk. Gdy już myślałam, że przygoda się w tym momencie skończy, ujrzeliśmy, że schody na szczycie wieńczy płot z wysoką bramką, oczywiście zamkniętą. Byłam bliska płaczu, pełna strachu i zmęczona, powtarzałam Leszkowi w kółko, że nie wrócę się na tą ścieżkę na początku, tym bardziej kiedy jest tak ciemno. Leszek pod presją, prawdopodobnie pod wpływem emocji i ku mojemu wielkiemu zdumieniu wyłamał furtkę. Otworzył nam tym samym drogę do wolności. Nie muszę chyba mówić, że po raz pierwszy się gdzieś włamałam, chociaż dobrze by było wiedzieć jeszcze gdzie. Po ciemku całe tamto miejsce wyglądało bardzo, bardzo dziwnie, a moja wyobraźnia miała wielkie pole do popisu. Weszliśmy na jakąś trawkę, po bokach było tak ciemno, że tą ciemność możnaby ciąć siekierą, a przed nami coś na kształt sceny oświetlonej dookoła małymi światełkami i wyłożonej różnymi rodzajami drewna. Jak podeszliśmy bliżej domyśliłam się, że to jakiś basen przykryty w ten sposób. Przeszłam go na jednym wdechu, błagając, żeby nie wpaść przez te podejrzanie ułożone deski. Dalej w podobny sposób oświetlona alejka i wreszcie jakieś budynki. Wszystkie do siebie podobne, więc od razu było wiadomo, że to jakiś kompleks rekreacyjny czy coś. W żadnym z tych budynków żywej duszy, co już było dla nas standardem, ale po zlokalizowaniu okolicy uspokoiłam się już zupełnie. Potem ku mojej uciesze w jednym z największych przeszklonych budynków na parterze paliło się światło. Była to jakaś restauracja. Pusta. Po środku stał kelner polerujący kieliszki, przygotowujący pomieszczenie na jakąś imprezę i przyglądający się nam z nieziemsko zdziwioną twarzą. Nie zapomnę tej sceny <3 Dalej poprowadził nas GPS i trafiliśmy spowrotem do latarni. To jeszcze nie koniec dnia. Na ostatek pojechaliśmy do restauracji by się ogrzać i zjeść jeden z najlepszych obiadów jaki jadłam. 

  

Ostatniego dnia, w niedzielę już tak nie brawurowaliśmy z przygodami i rano poszliśmy sobie do przeuroczej kapliczki na mszę. Tak małej, że siedząc przy drzwiach wyjściowych, pięć metrów przed sobą miałam ołtarz. Wzrokiem ogarniałam całe wnętrze i wszystkich, którzy tam byli. Zrobiło się tak kameralnie, że duch tego miejsca rozczulił mnie dogłębnie. Po takim rozpoczęciu dnia miałam świetny nastrój. Postanowiliśmy pozwiedzać coś jeszcze. Tym razem tylko w kilka miejsc, bo godnił nas czas i pogoda. Pojechaliśmy zobaczyć obelisk, czyli najbardziej wysunięty punkt na północ, Lisi jar i pomnik, już nie pamiętam czego. Następnie zebraliśmy się i pojechaliśmy do domu. Niby nic, a wyjazd jak dla mnie wspaniały.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież