Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Heeej ludziska, wita was po długiej przerwie mamuśka! Pozdrawia z dalekiego zakątka świata, gdzie rozmyśla sobie ile to razy zabierała się za pisanie i kończyła na otwarciu przeglądarki. Ile to razy nie miała siły, miała dużo zajęć i jej życie toczyło sie wokół łóżka. Do tego ostatnio choroba, napięty grafik zajęć i inne wydarzenia, ale o tym na spokojnie. Wszystko po kolei, tylko, że skrótowo. Coś we mnie wysysa siły jak shakea z Mc'a i nic nie mogę na to poradzić. Trzeba było przeczekać. Jestem po prawie dwóch w całości przespanych dniach i wreszcze jestem w stanie wstukać cosik w klawiaturę. :)
Sporo ludzi już wie, że na początku lutego odwiedziłam szpital na kilka dni. Do tej pory wszystko układało się pięknie. Może i moja kondycja nie była na miarę olimpiady, ale towarzyszyło mi bardzo dobre samopoczucie i wybitne zdrowie. Potem jednej nocy wszystko się zmieniło. Położyłam się spać po standardowym dniu, zwyczajnie śpiąca, nawet nie tak bardzo zmęczona. Po jakieś godzinie snu obudził mnie lekki tępy ból brzucha. Nie raz czułam w swoim życiu taki ból i byłam przezwyczajona do wytrzymywania go i przeczekiwania aż przejdzie. Szybko zasnęłam znowu. Zaczęło mi się śnić, że ból podbrzusza się wzmógł, a właściwie było to gdzieś pomiędzy jawą a snem. Obudziłam się znowu, tyle, że potwierdziło się, że to nie był sen. Sytuacja się powtórzyła się jeszcze ze dwa razy. Za każdym razem byłam coraz bardziej zaniepokojona. Gdy ze snu dosłownie wyrwało mnie ekstremalnie silne kopnięcie mojego maleństwa, wszczęłam alarm. Obudziłam męża i zadzwoniłam do mojej skarbnicy wiedzy- mamy. Poradziła mi większą czujność i obserwacje, a w razie czego nawet wjazd na Izbę Przyjęć. Poprosiłam męża, żeby poszedł po Nospę w którą mięliśmy się zaopatrzeć na wszelki wypadek, co zaleciła dwa dni wcześniej lekarka, na podstawie badania USG. Dziwne, że pomimo mojego świetnego samopoczucia lekarka rzeczywiście przewidziała, że coś może się wydarzyć. Wzięłam tabletki, po które mój mąż o 3 w nocy poszedł bez słowa skargi i ból przeszedł. Nad ranem znowu zaczęło mnie delikatnie pobolewać podbrzusze, wzięłam ponownie tabletki i znowu jak ręką odjął aczkolwiek nie poprzestałam na tym. Stwierdziłam, że lepiej pójść bez potrzeby do szpitala niż o jeden raz za mało i potem żałować. Chciałam się upewnić, że wszystko jest ok. Byłam tego niemalże pewna. Jednakże poszłam, a po wielu badaniach, lekarze uznali, że zostawią mnie na obserwacji, bo skurcze i skrócona szyjka nie wróżą nic dobrego. Doznałam szoku, że jednak sprawa jest poważniejsza niż myślałam. Personel przebąkiwał coś o szyciu, żeby nie doszło do przedwczesnego porodu... Zmartwiona robiłam wszystko co mi kazali byle by zmienili zdanie, jednocześnie czułam się bezpiecznie, wkońcu byłam pod okiem fachowców.
   
Chyba nie muszę mówić, że odzew znajomych i rodziny był niezwykle piękny. Praktycznie cały czas w szpitalu leżałam z telefonem w ręku. Ludzie pisali, dzwonili, modlili się i życzyli zdrówka. Odwiedzali mnie. Aż bark epitetów na to jak wspaniale się wszyscy zachowali. Nie wykluczone, że dzięki temu mój stan nie uległ pogorszeniu i po trzech dniach wypuścili mnie do domu z arsenałem leków. Psychicznie czułam się rewelacyjnie. Poznałam inne mamusie, zobaczyłam pracę szpitala od wewnątrz i już mnie tak nie przeraża. Są jakieś pozytywy z tego całego zajścia.
Ale ALE... Akurat kończył się semest i na moich barkach wygodnie ułożyło się pytanie, czy dalej będę kontynuować naukę. Pytanie to męczyło mnie cholernie następny tydzień. Pisząc egzaminy, odbierając dokumenty ze szpitala, dopełniając formalności na uczelni, zastanawiałam się nieustannie, czy na tym nie poprzestać. Z jednej strony nie chciałam narażać zdrowia swojego i dziecka bo nic nie było tego warte, z drugiej strony zastanawiałam się czy jakieś zagrożenie istnieje i na ile jest realne. Odłożyłam decyzję do najbliższej wizyty u mojej lekarki prowadzącej ciążę. Wizyta nie okazała się rozstrzygająca tak jak myślałam, bo pani ginekolog nie podjęła się choćby nakierowania mnie w jakąś ze stron tej całej sytuacji. Zostawiła to mi. Powiedziała, że w tym stanie pozwoliłaby mi dalej się uczyć, ale nie gwarantuje, że nie będzie powodu by w jakimś momencie przerwać studia. Jeśli bym się zdecydowała, to na własne ryzyko. 

Co zdecydowałam? Niektórzy już wiedzą. ;)