Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

W ostatnich dniach totalnie nie odczuwam potrzeby tworzenia wpisu na stronkę. Działo się, owszem, dużo, ale tym razem kładłam nacisk na przeżywanie tych chwil, nie na ich upamiętnianie. Robiłam natomiast sporo zdjęć, chyba dlatego, że to maksimum treści uchwycone w minimalnym czasie. Teraz, trochę się przymusiłam, żeby mieć ciągłość opowiadań o czasie mojej ciąży, więc powstaje ten wpis i kolejne. Będzie to następna wspaniała pamiątka z tego wyjątkowego czasu jakim jest stan błogosławiony, w dodatku przeżywany po raz pierwszy.

 Cóż, zacznę od nie majmilszych rzeczy, bo o kolejnych dwóch wizytach złożonych pobliskiemu szpitalowi. Za pierwszym razem a generalnie drugim, problemem była mała aktywność dziecka. Po drugim dniu, kiedy wydawało mi się, że się że dziecko się nie porusza, pojechałam do szpitala. Pojechałam sama, tramwajem, sprawdzić, czy wszystko z Różą w porządku. Nie czekałam długo aż mnie przyjęli i zrobili kilka badań. Było to pare dni po zatruciu fasolką z akademickiej stołówki, po której nawet woda się cofała spowrotem na światło dzienne. Strasznie wspominam ten dzień. Nazajutrz nie miałam siły podnieść nawet ręki, dosłownie. Natomiast wszelką fasolkę szparagową od tamtego czasu omijam szerokim łukiem. Moja wyrośnięta fasolka w brzuchu pewnie podzielała moje zmęczenie i może z tego powodu nie wykazywała żadnej aktywności, aczkowiek warto było sprawdzić. Następnym razem, kiedy pojawiłam się w szpitalu na Izbie Przyjęć, sytuacja była nieco poważniejsza. Obudziłam się rano skołowana, z wahającą się temperatura, raz było mi gorąco raz zimno, zaczęła mi drętwieć ręka, zrobiło mi się niedobrze, słabo na koniec doszedł jeszcze ból głowy, brzucha. Nie byłam w stanie tym razem pojechać sama, więc poprosiłam teścia by mnie tam podrzucił. Przyjechał pod mój dom szybciej niż nie jedna karetka na sygnale. Na Izbie Przyjęć mój stan zamiast się poprawić, tylko się pogorszył. Myślałam, że leżąc podłączona do KTG zejdę szybciej niż się skończy. Skierowano mnie potem na konsultacje do neurologa. W wyniku zaniedbań spędziłam 6h w poczekalni i myślałam sobie, że albo mi się poprawi i wyjdę o własych siłach albo umrę. Siedząc na swoim krzesełku dobrą godzinę przewinęło się przez IP mase ludzi. Jedna dziewczyna z tym samym problemem od razu została wzięta w obroty, ja dalej czekałam. Ludzie się wymieniali. W pewnym momencie do biurka obok, w tym samym pomieszczeniu, zadzwonił telefon. Słyszałam strzępki rozmowy "...kobieta w ciąży, czekająca w poczekalni z podejrzeniem tętniaka mózgu.... w 33 tygodniu ciąży..." Zamarłam. W pierwszym momencie myślałam, że mówią o mnie, dopiero potem zobaczyłam wchodzącą zapłakaną ciężarną. Widziałam ją tylko sekundę, bo zaraz ją gdzieś przenieśli. Widząc moją bezradność inni z poczekalni radzili mi, żebym zaczeła panikować i histeryzować, bo idaczej będę czekać w nieskończoność. Cóż po pierwsze byłam w takim stanie, że tylko mówiłam sobie w duchu "oddychaj, wdech, wydech" byle nie puścić pawia, po drugie nie jestem dobrą aktorką. Lecz w pewnym momencie wszystko sprzysiężyło się przeciwko mnie i spowodowało, że nawet nie musiałam udawać płaczu, byłam bliska skapitulowania. Po trzecim podejściu i upomnieniach, że czekam na konsultacje i usłyszeniu po raz któryś iż muszę czekać, bo nie są w stanie nic zrobić, zwyczajnie zgłodniałam (minęło 6h bez jedzenia). Spytałam się, gdzie mogłabym dostać trochę jedzenia, wysłano mnie do automatu w poczekalni ogólnej, gdzie można było się dostać tylko przez drzwi otwierające się tylko w jedną stronę, z powrotem musiałabym mieć specjalną kartę, którą posiadał tylko personel. Poprosiłam pewną kobietę która stała bezczynnie i miała służbowy uniform żeby na minutkę ze mną podeszła po coś do jedzienia i otworzyła mi drzwi spowrotem. W odpowiedzi zobaczyłam zmarszczone brwi i chłodne: nie pracuję tu by otwierać drzwi. Musiałam zaryzykować i wyjść, licząc, że jakimś fartem wrócę spowrotem i nie wypadnę z kolejki. Bałam się, że padnę ze złego samopoczucia i głodu po drodzę, że może akurat w międzyczasie przyjdzie lekarka a mnie nie będzie, jednak fizjologia była silniejsza. Wyjęłam potrfel, a tam brak drobnych. Spojrzałam na wybór jedzenia, stać mnie było tylko na małą paczuszkę ciastek. Cóż, lepsze to niż nic. Włożyłam monety do maszyny, wystukałam numer i... maszyna zgupiała i za ostatnie pieniądze wypluła batonika z akloholem. I było po posiłku, pozamiatane. Poleciała pierwsza łza. Jak można mieć takiego pecha, nikt mi nie chciał pomóc, czułam się zapomniana. Na domiar złego telefon zaalarmował, że za chwile się wyłączy, ponieważ też już jest na wyczerpaniu. Czekając pod drzwiami na kogoś kto będzie przez nie przypadkiem przechodził, walczyłam z rykiem cisnącym mi sie na usta, następne drzwi, znowu czekam, zobaczyłam sprzątaczkę, miała przepustkę. Uff, udało się, wróciłam. Ale sytuacja się nie zmieniła. Zmienili się ludzie, ja wróciłam na swoje miejsce i czekałam dalej. Personel przechodził po raz milionowy obok mnie od rana, nawet nie spojrzeli w moją stronę. Zaczęłam płakać. Chciałam wiedzieć co mi jest, albo żeby mnie wypuścili. Czekając, nie wiedziałam nic, czy w ogóle mam szansę na tą konsultację, czy jest to coś poważnego, co może mieć wpływ na dziecko i czy może nie czekam tyle na darmo. Zwróciła uwagę na mnie pewna starsza pani. Jak to na porządną kobietę przystało, solidnie opieprzyła persnel że ciężarna czeka już tyle godzin, upomina się i nikt nic nie robi. Wtedy dopiero ktoś użył telefonu i po 10 minutach do pomieszczenia wkroczyła pani doktor, która oświadczyła, że nastąpiło pewne niedopatrzenie za które przeprasza. Zdumiona "niedopatrzeniem" nawet nie wiedziałam jak to skomentować. Tak, zdąrzyłam wyzdrowieć na moim krzesełku w poczekalni i właściwie konsultacja już nie była taka pilna. Ostatecznie podejrzenia padły na migrenę z objawami towarzyszącymi, skierowano mnie do dalszych badań w poradni neurologicznej i odesłano w ciągu 15 minut. Ręce mi opadły. 

Później sytuacja już nie nie powtórzyła całe szczęście. Uczęszczałam sobie normalnie na zaliczenia, praktyki i zajęcia. W między czasie sobie rosłam. Różyczka rozwijała się wzorowo.

       

    

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wcześniej otrzymywałam sporą ilość pytań w moim kierunku na temat zachcianek ciążowych. Wówczas nie potrafiłam nic powiedzieć, aczkolwiek kiedy przeczytałam jeden z postów na facebooku, gdzie matki dzieliły się swoimi zachciankami ciążowymi, zdałam sobie sprawę, że wiele z ich skłonności pokrywało się z tym, co miałam ja. W pierwszych tygodniach ciąży ciężko było mówić o jakichkolwiek zachciankach, bo mdliło mnie na widok niemal wszystkiego, ale były produkty, które wchodziły mi w miarę gładko i były to pomarańcze oraz wszelkiego rodzaju przetwory, potrawy z pomidorami. Do tego co jakiś czas kwaśne żelki, kwaśne zupy. Był też epizod z lodami, ale po zjedzeniu pół kilogramowych lodów na noc miałam tak okrutną zgagę, że momentalnie mi przeszło. Musiałam walczyć ze sobą, gdy pojawił apetyt na zupki chińskie, bo są bardzo niezdrowe i nie chciałam serwować ich dziecku. W drugim trymestrze królowało mleko i jogurty.  Teraz mam zachcianki na słodycze oraz colę i kawę. Nigdy nie miałam chrapki na dziwne mieszanki typu śledź i truskawki, ale samo to, że preferowałam konkretne smaki w moim przypadku świadczy o tym, że byłam w innym stanie fizjologicznym. 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież