Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 Moja córeczka urodziłaby się dokładnie w wyliczony przeze mnie dzień o ile bym sobie nie "pomogła" troszkę podczas porodu, a w tym wypadku urodziła się dzień wcześniej, dwie godziny przed północą. 03.06. Dzisiaj ma dokładnie sześć tygodni od kiedy to pchała się na świat intensywnie przez 6 godzin. Mój mały zwinięty w kuleczkę szkrab po dwóch partych skurczach był już u mnie na brzuszku, otulony moimi ramionami i pocałunkami. Cudem było wszystko, co działo się na sali porodowej ;) Cudem udzieliłam wywiadu medycznego, cudem wytrzymałam ból, cudem był cały poród, cudem zwlekłam się z łóżka porodowego o własnych siłach. Ale wiadomo największym cudem była sama zainteresowana- moja przepiękna córeczka Róża. Całkowicie zdrowa, silna, śliczna. <3 

Pamiętam jak po porodzie późno w nocy zawieźli mnie z córeczką do malutkiej sali na oddziale ginekologicznym, bo na położniczym nie było już miejsca. Pamiętam jak wjechałam na wózku do ciemnej sali gdzie wszystkie kobiety ze swoimi dziećmi już spały. Miałam ochotę zasnąć na jakieś sto lat. Byłam niesamowicie zmęczona. Wtedy wjechała moja córeczka, spała.  Leszek, który towarzyszył mi od początku do końca i ogromnie mnie wspierał został nieuprzejmie wyproszony. Nie miałam siły walczyć z kimkolwiek. Zostawiłam to. Miałam obok siebie, była bezpieczna. Mogłam spokojnie zamknąć oczy. Wtedy właśnie zaczął się mój nocny koszmar.

Mała zaczęła płakać. Próbowałam ją karmić, tulić, pocieszać. Niestety wszystko utrudniały moje rany, szwy i ciemność. Ledwo przewracałam się na łóżku, o chodzeniu już nie mówię. Byłam sama. Do tego wszystkiego doszedł ogromny stres, bo nie chciałam, obudzić innych dzieci na sali, ani narazić się ich mamom. Ponadto od ponad dziesięciu godzin nie jadłam i nawet nie miałam kiedy sięgnąć po coś do jedzenia. Trwało to wszystko do rana. Miałam ochotę płakać razem z Różą. Byłam nieoswojona jeszcze z takim maleństwem, nie wiedziałam, czego potrzebowała. Gdzieś w międzyczasie przyszła do mnie pielęgniarka, wściekła, pytała "czy Pani nie potrafi się zająć swoim dzieckiem?!" Szczerze? Nie wiedziałam co powiedzieć. W mojej głowie huczało tylko "Proszę o chwile przerwy, chwilę odpoczynku..." Nad ranem z bólem serca, po wielu próbach uspokojenia mojego dzieciątka, zgodziłam się na dokarmienie. Zasnęła. Ja natomiast prawie nie spałam stresując się, czy może Róża za sekundę się nie obudzi. Druga noc wyglądała podobnie, z tym że zrezygnowałam z dokarmienia. Walczyłam karmieniem piersią, przystawiałam Różę co chwilę. Moment wyjścia ze szpitala to jeden z najszczęśliwszych dni mojego życia. Wreszcie mogłam zacząć cieszyć się z macierzyństwa. Mogłam dać sobie pomóc. Miałam komu. 

Chociaż początki naszej wspólnej przygody były bardzo trudne, dzięki nimi szybko nauczyłam się opiekować swoim dzieckiem. Przewijanie, przekładanie, ubieranie szło mi bardzo sprawnie. Problem cały czas miałam z karmieniem piersią. Nie wiedziałam, że sprawa potrafi się tak komplikować. Myślałam, że matczyna intuicja załatwi sprawę. Kolejną przeszkodą w idealnym szczęściu z powodu narodzin mojego małego szczęścia był straszny ból sutków zupełnie nie przezwyczajonych do swojej nowej roli. Ból ten ciężko opisać. Dałoby się go wytrzymać gdyby nie trzeba było się zmuszać do jego odczuwania za każdym razem przystawiania dzieciątka. A na początku przystawiałam Różę kilkanaście razy dziennie. Czucie strasznych bóli nie miało końca. 

Tego co przeżyłam przez pierwsze tygodnie nie da się opisać. To szczęście pomieszane z bólem i bezradnością, było mieszanką wybuchową. Eksplodującą za każdym dodaniem kropli burzy hormonów. Jednak wszystko z czasem bo wielu próbach, upadkach, uniesień, zaczęło się uspokajać. "Po każdej burzy wychodzi słońce." Obecnie zaczyna się przejaśniać. Róża uśmiecha się i wykreśla grubą kreską, to co przecierpiałam wcześniej, Wymazuje na zawsze ból swoją czułością. 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież