;) Jakby co cały czas nadaje na moim instagramie -> @zycie_matki. Tak się  teraz nazywa. Tam macie bieżące krótkie posty, na przekąskę. Na dłuższe, bardziej przemyślane możecie raz na jakiś czas zaglądnąć tutaj. Ale nic nie obiecuję. Nie lubię obiecywać kiedy nie wiem czy dotrzymam obietnicę, dlatego jej nie składam. Będzie co będzie. Dobra. Dosyć wstępów.

Powiedzmy, że ten wpis jest z okazji pierwszego ząbka Róży. :)) Ząbkowanie to dla mnie czas wywrócenia do góry nogami wczystkich dogodnych dla mnie przyzwyczajeń mojego dziecka. Wstawanie rano zawsze było dla mnie przyjemnością. Budziłam się po 9 godzinach snu, za ścianą slyszałam odgłosy radosnej zabawy dochodzacej z łóżeczka. Miłe ćwierkanie głosu maleństwa cieszyło moje serce. Brałam ją na rączki i obie śmiałyśmy się do siebie na powitanie.

Teraz budzi mnie stękanie i płacz. Wstaję pospiesznie po krótkiej przerywanej wrzaskami nocy z sercem na ramieniu chcąc jak najszybciej uspokoić mojego bidulka. Biorę ją na ręce i jak najszybciej idę nieprzytomna do łóżka licząc, że mała pośpi ze mną jeszcze chwilkę przy karmieniu. W ciągu dnia mogłam położyć ją na macie, gdzie ślicznie się bawiła i zdobywała nowe umiejętności, a ja ogarniałam dom i wszystko co bylo w planach na ten dzień mając na nią oko i uśmiechając się do niej co jakiś czas ze wzajemnością. Teraz o ile w ogóle pozwoli mi się odłożyć na matę muszę ostylować wokół niej jak satelita bo nie daj Boże odejdę trochę dalej i już jest płacz. Wieczorem mało co ją cieszy. Muszę stawać na głowie, żeby dać jej jakieś zajęcie, bez konieczności noszenia jej na rękach. Do tego karmienia i usypianie. Istna loteria. Może się zdarzyć, że będzie grzecznie jadła, a może się zdarzyć, że będzie mnie podgryzała, wierciła się, wyginała, drapała mnie, oglądała za majdrobniejszym szelestem, wygłupiała się, szczypała albo po prostu będzie miała zupelnie inny pomysł od mojego na to jak to wszystko ma wyglądać. Próbuję jakoś się przestawić, przyzwyczaić, próbować ją spowrotem przestawić na stare tory, ale ciężko mi się pogodzić z utratą sielanki. W domu prawie nic nie zrobione, ja nieprzytomna, chodzę pół dnia w piżamie, jem to co wpadnie mi w ręce, a jak nic mi nie wpadnie to nie jem ^^. Idą święta, chciałoby się mieć dom wymuskany, przyozdobiony, pachnący Bożym Narodzeniem. Póki co to najczęściej pachnie pampersami Róży :) Uroki rodzicielstwa. I co ? Że niby ja się nudzę? Ha.Ha.Ha. :) 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież